Ja radzilsja zdjes II

Foto. PRIPYAT.com

Likwidatorzy / Prypeć 27.04.1986 / pripyat.com

Z Kijowa do Czarnobyla jest około 2-ch godzin jazdy. Była wiosenna noc, a my jechaliśmy na akcję. W samochodzie padały nawet jakieś wolne żarty o tym co będziemy robić za kilkanaście godzin w Kijowie. Nikt z nas nie wiedział, że oto dziś zacznie się dla nas nowy rozdział życia. Droga prowadziła przez śpiące wsie, lasy i jedną wielką nieznaną i nieopisaną noc. Kiedy przekroczyliśmy granicę miasta z nazwą Чернобыль (Czarnobyl), pokazało nam się śpiące miasto. Gdzieniegdzie w oknach paliły się światła. Zwykła noc, zwykłego do tej pory miasteczka. Jadąc mijały nas wozy straży pożarnej i może tylko to wzbudziło zainteresowanie mieszkańców. Niektórzy zapalali światła i wyglądali zza okno.

- Natalia wstawaj! Zobacz coś się musiało stać! – powiedział do swojej żony Sergiusz, który przykleił swój nos do okna. Żona jednak spała dalej, a Sergiusz podniecony obserwował ulicę. Gdzieś dostrzegł samochód w którym jechał Kirył. Ani On ani Kirył nie mieli podstaw do strachu, pytań. Sowiecka normalność, a obecność w kompleksie wielkiej elektrowni atomowej, w ogóle nie powinna powodować strachu. Władza zapewnia bezpieczeństwo, mieszkańcy wierzą, tak jak Kirył.

Z Czarnobyla, do elektrowni jest około 10-ciu kilometrów. W drodze mijamy lasy, które zlewają się w jedną wielką plamę, którą jest czarnobylska puszcza. Kirył zastanawiał się jak to wszystko wygląda tu za dnia. Nigdy tu nie był. Wiedział jednak, że po akcji, kiedy wzejdzie słońce będzie mógł razem z kolegami pojechać nad rzekę Prypeć i chwilę odpocząć. Los miał jednak inne zdania dla niego jak błogi relaks. Kiedy zbliżali się powoli do ЧАЕС* widzieli z daleka wielki słup dymu podświetlanego wielkim pożarem. Wszyscy oprócz kierowcy patrzyli na ten niewielki punkt, który zbliżał się co raz to szybciej, co raz to straszniej. Kirył patrzył i wiedział, że to nie pożar dachu elektrowni ale coś więcej. Kierowca przyśpieszył, wyczuł powagę sytuacji.

- Chłopaki ten pożar nie wygląda dobrze, co tam się stało? – zapytał jeden z nich.
- Nie wiem, ale będziemy mieć trochę pracy, może ktoś chce coś zjeść? – odpowiedział chłopak siedzący obok Kiryła.

Nikt jednak nie chciał jeść. Adrenalina, pierwsze poważne zadanie i ogromna elektrownia w tle. Nie mogli dojechać pod samą elektrownię co bardzo ich zdziwiło. Na drodze stał patrol w stroju bojowym. Maska na twarzy, strój przeciwchemiczny i radiostacja w dłoniach.  Taki widok był zadziwiający, ale pewnie dlatego, że bezpieczeństwo to rzecz najważniejsza, tak jak ich uczono na zajęciach.

- Stop! Dalej nie pojedziecie. Dostałem rozkaz, że musicie pojechać objazdem w rejon 2-giego bloku ЧАЕС. Tam wasz dowódca wyda wam nowe rozkazy. W drogę! – Żołnierz mówił stanowczo, po czym odsunął się z drogi i wskazał ręką dalszą drogę po której jechały inne samochody.

CDN

 

*) ЧАЕС – Чорнобильська Атомна Електростанція – Czarnobylska elektrownia jądrowa im. W.I. Lenina

Jesień

Płacz opuszczonych miejsc

Nad zoną przeszła ogromna ulewa. Dowódca zakazał wyjazdu w strefę. Siedziałem w pokoju i obserwowałem okno, deszcz. W radiu leciała jakaś stary radziecki hit.

Kiedy po suchych dniach spada deszcze w zonie wzrasta poziom skażenia. Na drzewach osiada kurz wzniecany przez wiatr, a kiedy woda zmywa ten brud, wszystko opada na ziemię. Wtedy wyniki prowadzonych pomiarów są znacznie wyższe. Generalnie wykonywanie pomiarów o różnej porze roku jest uwzględniane przez specjalne normy i zmienne. Więc kiedy nastąpiły duże opady, pozostaje w bazie i konserwuję samochód i sprzęt. To czas kiedy mogę pogadać z dowódcą, odpocząć czy nawet wybrać się na spacer.

Ja radzilsja zdjes I

Opuszczony dom. Opuszczona wieś. Opuszczeni ludzie.

Opuszczony dom.

To jeden z tych domów który nie został zniszczony i zagrzebany pod ziemią. To dowód na to, że w 1986 roku stała się tu wielka ludzka tragedia. Dla wielu ludzi spoza strefy, naukowców, historyków czy nawet polityków strefa to miejsce podejrzane. Niektórzy nawet uważają, że wybuch 4-tego reaktora był prowokacją na zdobycie dodatkowych pieniędzy dla ZSRR. Nie ma nad czym się tu zastanawiać, ja wiem swoje. To miejsce jest dowodem na to jak kilka osób może mieć wpływ na historię. Ktoś się rodzi i już na jego dłoniach zapisane są wydarzenia, nieświadomie robi wszystko by wypełnić historię. Dziś są czasy kiedy mówi się o tym więcej.

W 1986 roku w wyniku błędów moich byłych przełożonych doszło do strasznej katastrofy. Następnego dnia wkroczyłem do akcji. Podjęto decyzję o ewakuacji pięknego miasta Prypeć z jej 50-cio tysięczną społecznością. Pamiętam tamte chwile bardzo ostro. Był to spokojny wieczór, właśnie miałem szkolenie na temat powłok przeciwchemicznych. Temat bardzo ważny. W sali wykładowej było nas kilku, więcej osób być nie mogło. Byliśmy tajną grupą szkoloną przez w Школа радіації в Києві (Radiacyjna szkoła w Kijowie). Oficjalnie nigdzie nie widniała tabliczka z nazwą szkoły. Budynek mieścił się na wąskiej uliczne niedaleko centrum miasta. W budynku mieściła się administracja państwowa, a do szkoły wchodziło się od podwórka. Podczas zajęć pokazywano nam filmy i slajdy z miejsc gdzie było zagrożenie chemiczne i radiacyjne. Wśród kilkunastu osób i kilku lat nauki, pozostała tylko grupka najlepszych ludzi. Dziś z tej 7 osobowej grupki, trzy osoby pracują w zonie. Czwartą osoba jestem ja, trzy osoby nie żyją. Były to wesołe chłopaki. Radiacja zjadła ich słabe organizmy.

Zajęcia trwały zawsze od rana do wieczora. Tuż po zakończeniu wykładów prowadzonych przez naukowców, lekarzy i wojskowych autobus odwoził nas do akademika na południu miasta. Tak wyglądał nasz każdy dzień. Szkoła, akademik. W Niedzielę spacer po Kijowie. Nie mieliśmy do kogo jechać, wracać. Byliśmy opuszczeni jak domy w zonie. Nikt z nas nie widział co nas czeka, aż do tamtego ciepłego kwietniowego dnia. Kończyły się zajęcia, wróciliśmy do akademika. Każdy z nas miał wspólny pokój. Pokoje znajdowały się na 8 piętrze akademika, inni studenci myśleli, że studiujemy chemię, może biologię. Nie było nawet czasu na integrację. W naszym pokoju na ścianie wisiał mały biały głośnik. Czasem grała z niego muzyka, czasem szumiał. Zmęczony i najedzony leżałem na łóżku. Obok mnie Anton, zdolny i miły kolega. Przyjechał do Kijowa ze wsi pod Charkowem. Trzymamy się razem od początków studiów. Kto by pomyślał, że los miał dla niego inne zdania jak ratowanie ludzi i ziemi. Czytałem książkę, oczy stawały się z minuty na minute co raz to ciężże. Zasnąłem.

Następnego dnia znowu szkoła, ale w soboty mieliśmy zawsze ćwiczenia ruchowe w sali gimnastycznej kijowskiego Dynama. Zawsze to było miło zasypiać z myślą, że będzie można pobiegać i pograć w piłkę. Przed oczami miałem wielką łąkę, słońce które powoli przemieszczało się na zachód. Czułem ciepłą rękę na moim czole…patrzyłem i parzyłem. To moja Matka. Najukochańsza i zawsze z uśmiechem na twarzy. Czuję jak odpływam w tej matczynej miłości. Ona patrzy na mnie i gestem ręki wykonuje długi łuk. Nagle słońce zachodzi, a w jego miejsc wchodzi dziwnie przerażający księżyc. Moja Matka pokazała na niego palcem i powiedziała: kocham Cię synu. Wtedy całą łąka została przecięta ostrym dźwiękiem. Poczułem jak moje ciało całe drży, sen zaczynał przemieniać się w kolejny koszmarny obraz. Otworzyłem oczy, nade mną stał Anton. Pokazywał placem na głośnik z którego wydobywał się pulsujący dźwięk  z wiadomością:  Внимание! Внимание! Заказ на 9! Внимание! … * szok, obudziłem się nagle, dwadzieścia cztery sekundy potem zakładałem już strój rynsztunkowy.

Moje myśli wariowały. Rozkaz numer 9. Pod tą nic nie mówiącą nazwą kryła się sprawa najwyższej sprawy. Rozkaz numer 10 to najczarniejsza rzecz…atomowy atak wroga. Dlatego zadawałem sobie pytania, czym jest ta dziewiątka? Podczas każdego alarmu trzeba było postępować tak samo według jasno przedstawionego i wyuczonego klucza. Po pierwsze w stroju, który tak naprawdę był pewnego rodzaju mundurem musiałem razem z moimi kolegami udać się jak najszybciej do garażu który znajdował się pod akademikiem. Był to samochód do transportu ludzi. Każdy z nas podczas alarmu miał już wyznaczone zadania. Ja siedziałem gdzieś z tyłu i patrzyłem na zegarek. Była 4-ta w nocy. Kijów śpiący, ciemny i nieświadomy tak jak my. Czuliśmy, że to nie ćwiczenia, czuliśmy, że teraz jest nasz czas, że nie ma żartów.

- Chłopaki co się dzieje? Znów ćwiczenia? – zapytał nieśmiało Anton

Chłopaki razem ze mną nie powiedzieliśmy ani słowa. Wydawało się, że trzeba zachować czujność i trzeźwość umysłu. Zapomniałem już o mojej nieżyjącej Matce w moim śnie, o tym, że miałem lekko za małe buty. Teraz liczył się rozkaz numer 9. Mieliśmy około 5 minut szybkiej jazdy do gmachu dowództwa wojskowego. Patrzyłem na Kijów, miasto które było sercem tego regionu. Setki ludzi nie spało, w oknach jakieś światła. Wtem dojechaliśmy do dowództwa. Pod budynkiem stało już kilka samochodów z których wychodzili wojskowi i lekarze. Pytania, pytania i pytanie w mojej głowie. Odpowiedzi ani jednej. Samochód zatrzymał się przed parkanem i wysiedliśmy. Kiedy następuje alarm musimy wejść do budynku i zająć miejsce w specjalnej sali. Dosłownie chwilę po tym jak usiedliśmy wszedł jakiś facet po 40-stce, miał na sobie mundur. Na nim jakiś gwiazdki, odznaki, emblematy. Stanął do nas tyłem, patrzył na mapę Kijowa i okolic. Odwrócił się, patrzył na nas. Miałem wrażenie, że patrząc na nas chciał nam powiedzieć coś czego bał się powiedzieć, jak by stało się coś czego jeszcze nigdy nie przeżył, a to się właśnie działo, a on jest tego nieodłączną częścią.

- Witajcie nazywam się Władimir Pawlowicz. Jestem dowódcą PGP (Pomiarowa Grupa Przeciwradiacyjna) do której właśnie należycie. Dostaliśmy informację, że w 4-tym bloku Elektrowni Atomowej w Czarnobylu wybuchł pożar. Oprócz straży pożarnej która jest już na miejscu i ta która właśnie wyrusza z Kijowa…

Pawlowicz zatrzymał swoje słowa, wstrzymał oddech, spojrzał nam prosto w oczy, z jakimś wielkim trudem w końcu powiedział to co miał nam do przekazania. Wszystko miało być oficjalne, suche i zdecydowane.

- Nie będę owijał w bawełnę. Na dole zbiera się ekipa radiacyjna. Na trzecim piętrze dostaniecie wyposażenie. Za 10 minut macie wyjechać. Każdy z was dostanie także kopertę z wyznaczonymi zadaniami.

Dowódca odwrócił się i zaczął wychodzić z pomieszczenia. Chyba w drzwiach powiedział: Бог с тобой друзья (Bog s taboj druzija)**, ale może mi się wydawało. W głowie myśli, obrazy i chyba spokój. Pożar to nic złego, strasznego i ciężkiego do opanowania. Pewnie chłopaki ze straży już uporały się z problemem. Robota będzie prosta. Zbadać czy reaktor jest w porządku, że wszędzie jest czysto. Wszystko wydawało się takie poważne, bo nigdy ten głośnik nie wzywał do żadnych działań. Poprawił mi się humor, chłopakom też. Chwilę później jechaliśmy do Czarnobyla. Nigdy tam nie byłem. Elektrownia mieści się 10 kilometrów za Czarnobylem, ale to właśnie ta nazwa najbardziej się kojarzy z tą nową elektrownią.

*) Внимание! Внимание! Заказ на 9! Внимание! … – Uwaga! Uwaga! Rozkaz  9! Uwaga! …
**) Бог с тобой друзья – Bóg z wami przyjaciele

Strefa ciszy

AZ-14, AZ-15…można by wymieniać kolejne punkty pomiarowe. Podobne miejsca, takie których czasem nie można odróżnić. Tylko ten betonowy kloc na którym wypisany jest numer, zona to miejsce gdzie wszędzie są numery, a życie toczy się jak matematyka ze złym końcowym rozwiązaniem. Podczas pomiaru licznik zbierający dane o miejscowym skażeniu wydaje charakterystyczne dźwięki. To moja melodia tuż obok śpiewu ptaków żyjących w strefie. To głos mojego serca, stukot licznika Geigera. Całe życie moje to jeden długi nasilający się dźwięk skażonych miejsc. Jednego dnia jestem w miejscu czystym, licznik stuka spokojnie, jak by czuwał, jak by zaraz wiedział, że do jego dysz pomiarowych dostanie się kolejny radioaktywny związek. Drugiego dnia docieram do opuszczonej, zniszczonej przez historię wsi. Zbliżam miernik do metalowego łóżka, wtedy słyszę krzyk licznika. Liczby wariują, moje myśli także. Chodzę po opuszczonej wsi, wchodzę do każdego z domów. Jest tu pusto, a ptaki jak by na jedną komendę tuz przed przyjazdem mojego UAZ-a odlatują. Gdybym tak mógł z nimi chwilę porozmawiać i prosić o parę chwil wspólnego bycia.

Pod butem roztrzaskają się wszystkie pozostawione rzeczy przez mieszkańców domu. Zona jest pod ochroną straży strefy, a jednak ciągle gdzieś widać jakieś ślady ludzi. Kiedyś podczas jednego z patroli pomiarowych miałem wrażenie, że widzę kogoś. W tej pustce strefy zamkniętej widzę różne sytuacje, które pewnie nie miały nigdy miejsca. Panująca wszędzie radiacja jak by świadomie wpływała na to co się tu dzieje. Po tylu latach pracy w czystej samotności, człowiek zaczyna mieć przyjaciół we wszystkim co nie istnieje. Wszak co najważniejsze jak mówi dowódca Antonow:  Шлюха, Кирилл зона не имеет настроение! * więc wszystkie myśli zostają gdzieś usunięte w bok, jak by na później, jak by w nicość. Racja. Tu nie ma sentymentów, wiszące na ścianie obrazki z twarzami, tylko podkreślają cały stan. Każdorazowo opuszczam nagle dom i wsiadam do samochodu. Jadę do kolejnego AZ. Pomruk silnika, nierówne, zniszczone drogi i szum w radiostacji. To zdecydowanie strefa ciszy, którą staram się naruszać każdorazowo, ale znów mam pytanie, czy to coś daje?

*) Шлюха, Кирилл зона не имеет настроение! – Kurwa, Kirył w strefie nie ma żadnych sentymentów!

Pusta droga

Zamknieta zona czarnobylska. Foto. Robert Danieluk

Zimno mi.

Z punktu dowodzenia dostałem dziś malowniczą trasę. To droga między punktem AZ-14, a punktem AZ-34. To jedno z tych miejsc, które dostarcza mi niesamowitej energii do dalszego działania. Wielu powie, że to jedna z tych bezimiennych dróg strefy, jedna z tysiąca. Strefa dziś była pięknie rozświetlona przez to jesienne, mocne słońce. Na niebie ani jednej chmury, tylko słońce i przenikliwy chłód. Kiedy dojechałem drogą do punktu kontrolnego AZ-14 wysiadłem z samochodu i udałem się do betonowego małego obelisku. Tutaj wykonuję pierwszy pomiar. Zawsze przed pomiarem rozglądam się dookoła. Może szukam kogoś lub czegoś co na chwilę pozwoli mi nie czuć się tak samotnie. Kilkukrotnie widziałem jakieś dzikie zwierzęta. Raz uciekały przestraszone, niektóre patrzyły chwilę na mnie i  znikały z mojego punktu widzenia. Te chwile zapamiętuje szczególnie ciepło. Dziś przy AZ-14 było pusto.

Otrząśnięty wróciłem do samochodu. Tam przez radiostację nadałem komunikat: АЗ-14. Измерение. Без получения!* Zawsze tak robię. Niektóre elementy tej pracy są niezmienne. Wysiadam. Idę na tył wozu, otwieram klapę i wyjmuję mojego małego przyjaciela. Podchodzę z nim do betonowego punktu i nad nim dokonuję pomiaru. Licznik ładuje się, kolorowe diody uruchamiają kolejne procesy. Pomiar dokonywany jest w około 20-30 sekund w zależności od tego w jakim miejscu dokonuje pomiaru. Dziś zimno, słonecznie, pomiar wyszedł w normie. To miejsce jest słabo skażone. Może dlatego, że po wybuchu wiatr oszczędził to miejsce, może to przez przypadek, a można natura sama się leczy. Codziennie zadaję sobie wiele pytań, które pozostają bez odpowiedzi. Wielu oczekuje ode mnie konkretnych i sensownych odpowiedzi na pytanie o tym co widzę w strefie. Jako weteran pracy z promieniowaniem nie odpowiadam. Tajemnica zawodowa.

Punkt AZ-14 mieści się 17km na zachód od opuszczonego i skażonego miasta Prypeć. Z reguły punkty mieszczą się na skrzyżowaniach dróg. Punktem jest niski betonowy monument z numerem punktu. Taka lokalizacja pozwala w razie problemów radiacyjnych szybko usunąć się ze skażonego miejsca. Praca w strefie to już zupełnie inne historia.

*) AZ-14. Pomiar. Bez odbioru.



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.